
Chiny, moja religia
Awantury wokół olimpiady sprawiły, że Chińczycy podzielili się na większość, która „kocha Chiny”, i na zdrajców. A dla nich nie ma litości
I love China” – podkoszulki z takim nadrukiem można kupić na chodniku w Pekinie. Idą jak świeże bułeczki.
Rok przed igrzyskami zgadywano, co myśli i czuje najludniejszy naród świata. Może skorzysta z igrzysk, by powstać i obalić ustrój? Po Tybecie i Syczuanie wiadomo więcej. Po raz pierwszy od 1989 r. usłyszeliśmy głos samych Chińczyków. Oburzonych, że Zachód zaprasza Dalajlamę, i robiących zbiórki na ofiary trzęsienia ziemi w Syczuanie.
- Chinom należą się igrzyska. Od stu lat na nie czekamy – mówią mi pekińscy studenci. – Świat zobaczy, że nie jesteśmy już chorym człowiekiem Azji.
Tak nazywano Chiny w okresie ich największej słabości, wojen opiumowych i okupacji japońskiej. Na świecie nikt już o tym nie pamięta poza samymi Chińczykami. Zapomnieć nie daje im chińska szkoła i media, które karmią ich historią cierpień i upokorzeń. W ich pojęciu po dziesięcioleciach wojen, głodu, ideologicznych szaleństw Chiny są nowoczesną potęgą, z którą świat się nie liczy. Igrzyska mają to zmienić.
Wyznanie? Igrzyska
- Służyć olimpiadzie to dla mnie zaszczyt – mówi olimpijska ochotniczka, młoda lekarka Liu Dao, którą wybrano ze względu na dobrą znajomość angielskiego.
całość Gazeta.pl
Leave a Reply
You must be logged in to post a comment.


