Ręce Precz od Tybetu

Pokażmy Światu co się dzieje w Tybecie!

Droga do domu


Nie było fanfar i przemówień. Rankiem 17 czerwca zacinał chłodny deszcz, mnisi zwijali mokre namioty i palili śmieci, a mniszki myły zęby i porządkowały naczynia.

Sześć kilometrów przed granicą Indii i Nepalu zaczynał się setny, ostatni dzień marszu uchodźców tybetańskich do ojczyzny.
Marszu, który nie mógł się udać. I udał się doskonale.


Zorganizowało go pięć największych organizacji Tybetańczyków w Indiach. Tam mieszka największa diaspora tybetańska na świecie; ludzie, którzy po chińskich represjach lat 50. przez Himalaje przeszli do Indii.

Teraz ich dzieci miały inny cel: wrócić do Tybetu. By tam dotrzeć, musieliby przejść przez pół Indii, minąć przygraniczne tereny wojskowe wzdłuż granicy z Nepalem, pokonać Himalaje i posterunki graniczne. - Z tego wszystkiego najłatwiejsze byłoby pokonanie gór. Wielu ma to za sobą, bo kiedyś szliśmy w drugą stronę - mówił Tenzin Cundu, jeden z liderów.

Tybetańczycy pokonali ponad 1300 kilometrów. Zaczęli trzy miesiące temu z Dharamsali, siedziby rządu tybetańskiego na uchodźstwie. Wtedy na równinach upał jest nie do zniesienia. Kończyli w strugach monsunowego deszczu.

Większość starszych mówiła o marszu: to się nie uda. Dalajlama potępił go dwukrotnie. Negocjuje z Chinami przyznanie Tybetowi autonomii, ale rozmowy stoją w miejscu - i przywódca Tybetańczyków obawiał się, że marsz je przekreśli. - Nikt nie wierzył, że zajdziemy tak daleko - mówił Cundu. Kilkuset jego ludzi już wcześniej aresztowała indyjska policja. Zostało pięćdziesięciu.

Rankiem odśpiewali hymn tybetański. Potem indyjski. I jeszcze swoją własną pieśń.

Ruszyli. Młodzi Tybetańczycy w adidasach, z najnowszymi komórkami i ich dziadkowie z portretami Dalajlamy owiniętymi folią - by się nie zniszczyły, nie zamoczyły. Młode mniszki z ogolonymi głowami i późni trzydziestolatkowie, którzy w Polsce myśleliby o drugim dziecku i domku na Mazurach.

Sześć kilometrów dalej czekała na nich policja. Oficer powiedział, że będzie musiał wszystkich aresztować. Cundu powiedział, że muszą wrócić do domu. Wziął pod ręce dwójkę przyjaciół i ruszył.

Natychmiast chwyciło ich kilkunastu policjantów i powlokło do autobusu-więźniarki.

Pozostali Tybetańczycy zrobili wszystko, co mogli, by iść. Szarpali się i wykręcali. Kładli w błoto górskiej drogi, by trudniej było ich aresztować. Starsi płakali. Młodzi mieli zaciśnięte pięści. Ale nikt nikogo nie uderzył - bo buddysta nie powinien krzywdzić nikogo.

Nawet gdy mu spieszno do domu.

Źródło: Duży Format



Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.