
Tybet słyszy swój głos
- Słuchacie Radia Głos Tybetu. Tu mówi Dharamsala – tak Karma Yeshi, uczesany na jeża czterdziestolatek, zaczyna pięć razy dziennie prywatną walkę o wolny Tybet
ego siedziba to trzy mikroskopijne pokoje w indyjskim miasteczku Dharamsala leżącym u stóp Himalajów. Jego arsenał: studio, w którym ledwo mieszczą się dwie osoby, sfatygowany stół mikserski i osiem komputerów. Jego ludzie: dziewięcioro zapaleńców, którzy tydzień w tydzień przygotowują jedyny program po tybetańsku słyszalny w Tybecie.
Przeciwnikiem jest Chińska Republika Ludowa.
Karma Yeshi to redaktor naczelny radia Voice of Tibet (Głos Tybetu). Ze studia w Dharamsali, gdzie ma siedzibę rząd tybetański na uchodźstwie, Yeshi domaga się praw dla Tybetu.
- Dajemy ludziom informację. Niezakłamaną, bez cenzury, żeby wiedzieli, co naprawdę się dzieje. Od marca, kiedy w Lhasie zaczęły się rozruchy, nie było w Tybecie ani dnia spokoju. Cały czas trwają protesty, ludzie wychodzą na ulice. Ale władza chińska nie wspomina o tym ani słowem. Tylko my relacjonujemy, co się dzieje – mówi Yeshi.
Przez lata aktywista Tybetańskiego Kongresu Młodzieży, uczestniczył w kilkutygodniowych strajkach głodowych.
Trzynaście lat temu grupa uchodźców tybetańskich w Norwegii postanowiła założyć radio. Pomogły norweskie organizacje pozarządowe, które do dziś dają większość pieniędzy na funkcjonowanie jedynego radia poświęconego wyłącznie Tybetańczykom. Dołączył do nich .
Voice of Tibet nie wzywa do powstania przeciwko Chińczykom. Mimo to Chiny z nim walczą – za słuchanie Voice of Tibet grożą kary, radio jest zagłuszane, a w Lhasie, stolicy Tybetu, praktycznie niesłyszalne.
- Wiemy, że ludzie obchodzą te zakazy i słuchają. Niektórzy jeżdżą za miasto kilkanaście kilometrów na rowerze, tam gdzie dochodzą fale radiowe.
Yeshi nie potrafi ocenić, do ilu osób dociera jego program. Ale wie, że jest skuteczny.
- Kiedyś nadaliśmy naukę Dalajlamy, który mówił, że nie powinno się nosić skórzanych ubrań, bo to powoduje cierpienia zwierząt. Następnego dnia w całym Tybecie ludzie wyszli na ulice i palili skórzane ubrania. Przez przypadek? Jasne, że nie!
W Tybecie mieszka dziś nieco ponad 6 mln Tybetańczyków i ponad 7,5 mln przesiedlonych tam Chińczyków. Władze w Pekinie starają się, żeby język tybetański zanikł, więc nie ma gazet tybetańskich ani radia w tym języku. Coraz więcej Tybetańczyków mówi więc wyłącznie po chińsku. Dlatego Voice of Tibet ma dwie sekcje – tybetańską i chińską.
- To konieczność, musimy dotrzeć do jak największej liczby słuchaczy. Mamy muzykę tybetańską, programy o historii naszego kraju, dyskusje w naszym języku. Dajemy też edukację – porady ginekologiczne, prawne, dla prześladowanych. Oczywiście są też nauki Jego Świątobliwości Dalajlamy. Ludzie bardzo o nie proszą, nagrywają na kasety, a potem podają dalej, tym, do których radio nie dociera – opowiada Yeshi.
- Staramy się sprawdzać każdą informację dwa razy, choć kiedy pracuje nad tym tylko dziewięć osób, które piszą, czytają i nagrywają dźwięk, to niełatwe.
Najtrudniejsze jest pozyskiwanie informacji z Tybetu – Yeshi nie chce o tym mówić, żeby nie narażać swoich źródeł. – Po zamieszkach marcowych w Lhasie Tybet jest praktycznie odcięty. Docierają strzępki informacji, jest blokada. Staramy się dowiedzieć więcej od uchodźców w Nepalu, ale i to źródło wysycha.
Yeshi marzy, by powiększyć i unowocześnić radio, wydłużyć program, nadawać przez własne anteny. Poprawić jakość dźwięku i podszkolić zespół. – Bo w sumie każdy z nas jest amatorem. Przeszliśmy tylko kursy, nasz jedyny technik też był na szkoleniu, ale przydałoby się coś więcej – mówi redaktor naczelny.
Myśli o założeniu telewizji. Na początek godzina dziennie.
Gdyby mógł to zrobić w swoim wolnym kraju, spełniłoby się jego największe marzenie.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Leave a Reply
You must be logged in to post a comment.


